Egzotyczne miejsca mają taką przypadłość, że po pewnym czasie  stają się oswojone i  coraz trudniej widzi się różnice. Nasza potrzeba adaptacji zmniejsza naszą spostrzegawczosć na odmienność. To takie krótkie wyjaśnienie mojego długiego milczenia na blogu. 😄

Po powrocie z wakacji zaczęliśmy nasze rutynowe czynności, zwiększyliśmy liczbę znajomych, nieomal popadając w kompleksy poznając ich historie rodzinne. Trochę wydajemy się sobie nudni, z naszym jednorodnym pochodzeniem. Większość poznanych osób ma rodziców i dziadków z różnych stron świata. Spotykaliśmy też ludzi, którzy mają polskich przodków.

W tym roku nie pojechaliśmy na Święta Bożego Narodzenia do Polski. Jak wspominałam już w jednym z wcześniejszych postów, Chińczycy nie obchodzą tych świąt, ale wygląda na to, że zaadoptowali je sobie jako kolejne święto komercyjne ( podobnie jak my Walentynki). Ograniczyli je do obdarowywania się prezentami i dekoracji świątecznych. W związku z tym oferta ozdób świątecznych była większa w porównaniu z rokiem poprzednim. Z wielką radością zakupiłam żywy świerk, który dostarczyli nam za niewielką opłatą do domu. A różnorodność lampek, bombek i innych ozdób była na tyle duża, że nie miałam problemu z wyborem, wręcz przeciwnie, musiałam włączyć opcję „rozsądek i umiar”.

Atrakcyjność dekoracji świątecznych w Pekinie jeszcze mocno odbiega od tych oglądanych w Europie czy USA. Dominującym kolorem jest oczywiście czerwień i złoto. Finezji w tych dekoracjach jest jeszcze niewiele, chociaż czasami jakieś perełki można znaleźć.

O produktach na kolację wigilijną musiałam pomyśleć  dużo wcześniej. I tak, aby kupić śledzie, na początku grudnia, udaliśmy się z Piotrem w okolice ambasady rosyjskiej, gdzie jak wieść polonijno-ekspacka niosła, powinniśmy znaleźć sklep z takimi specjałami. Ku naszej ogromnej radości, oprócz poszukiwanych śledzi, znaleźliśmy też kapustę kiszoną. Śledzie, a właściwie ich bardziej szlachetni kuzyni- matiasy, okazały się przepyszne i stały się składnikiem sałatki śledziowej. Kapusta z warmińskimi grzybami, którymi obdarowali mnie rodzice, podczas mojego i Martyny listopadowego pobytu w Polsce, była składnikiem farszu do pierogów. Dobre pół dnia zajęło mi przygotowanie trzech rodzajów pierogów: z kapustą i grzybami, ruskich i z kaszą gryczaną i twarogiem (który jest osiagalny tylko na jednym stoisku w markecie koło nas). Pierogi włożyłam do zamrażalnika, gdzie cierpliwie  czekały na uroczystą kolację. Widmo pustego stołu na wigilię już nieco się oddalało, no ale z czego zrobić ukochaną potrawę mojego męża – karpia w galarecie, bo ani karpia nie widziałam, ani żelatyny. Już planowałam zamienić karpia na łososia, ale Piotr od swojego kolegi z pracy ( również ekspata) – skarbnicy wiedzy wszelakiej – dowiedział się, że poszukiwaną przez nasz rybę, możemy kupić w markecie, do którego chodzimy co najmiej dwa razy w tygodniu. Parę dni przed wigilią zrobiliśmy próbę generalną, najpierw za pomocą słownika próbowaliśmy wymówić nazwę ryby, niestety, sprzedawca nie wiedział o co chodzi. Pismo obrazkowe było bardziej skuteczne, po pokazaniu zdjęcia, karp się znalazł. Dzień przed wigilią pełna optymizmu udałam się po rybę i jakież było moje zaskoczenie, gdy po pokazaniu zdjęcia, sprzedawca wymownie pokazał mi, że takiej ryby nie ma. Trochę przerażona, ale prawdopodobnie napełniona świateczną atmosferą i energią, nie zrezygnowałam i poszukałam innego zdjęcia karpia. Ku mojej radości, sprzedawca tym razem wyjął z akwarium rybę, która wyglądem przypominała karpia, choć do końca nie byłam pewna. Żelatynę kupiłam na wagę, więc miałam już wszystkie niezbędne produkty. Mój wypasiony, ceramiczny, japoński nóż nie wytrzymał starcia z chińskim karpiem i uległ wyszczerbieniu. Wciąż pełna obaw, co do smaku naszej tradycyjnej potrawy, którą właściwe stała się dopiero po II wojnie światowej, bo wcześniej nasze stoły uginały się pod większą różnorodnością tych wodnych mieszkańców, z pewną dozą niepewności wkładałam salaterkę z rybą i płynną galaretą do lodówki. Do uroczystej kolacji było coraz bliżej, dzięki przygotowaniu potraw wcześniej, mogłam się oddać ulubionemu zajęciu, czyli dekoracji. Po przeprowadzce do nowego apartamentu mamy teraz dość pokaźnych rozmiarów stół, więc potrzebowałam dużego obrusu. Na fali „selfmade” postanowiłam uszyć go sama. Planowałam kupić biały materiał, niestety po szeroko zakrojonych poszukiwaniach w „miateczku materiałowym”, w którym czuję i zachowuję się, jak dziecko w sklepie ze słodyczami, udało mi się jedynie znaleźć biały materiał, ale z kwiatowym wzorem. No cóż, jak się nie ma tego, co się lubi, to się lubi, to co się ma. Parę metrów koronki i zakupiony materiał przekształcił się w poważny świąteczny obrus. Z tamtego roku został mi jeszcze opłatek, więc nasza wigilia coraz bardziej miała szansę  dorównać oryginałowi. Naszym rodzinym zwyczajem od 2000 roku jest słuchanie podczas okresu świątecznego płyty Zbigniewa Preisnera „Kolęda na koniec wieku”. W tym roku tradycji również stało się zadość, pomimo nieśmiałych protestów dzieci, te wzruszające dźwięki znów nam towarzyszyły. Wigilijny ranek, jak większość polskich gospodyń spędziłam w kuchni,  przygotowując świąteczne potrawy. Mąż zajął się sprzątaniem i kręceniem filmu z życzeniami dla naszych bliskich, córka upiekła świąteczny pleśniak z jabłkową marmoladą, którą dostaliśmy od naszych znajomych w prezencie. Do uroczystej kolacji zasiedliśmy w dobrych humorach, pomimo moich obaw, karp w galarecie smakował, tak jak powinien. Po kolacji dzieci poszły do swoich znajomych, a my oddaliśmy się błogiemu lenistwu. Dzięki temu, że przygotowania do wigilii wymagały od nas tyle zaangażowania, prawdopodobnie zostaną w naszej pamięci na dłużej.

Chińczycy przygotowują się teraz na obchody Chińskiego Nowego Roku, kozo-owca odda władzę małpie. Ale to już inna bajka 🙂

 

 

 

 

 

 

 

 

W pogoni za karpiem czyli jak zorganizować polską wigilię w Pekinie.

Galeria

Chicago i okolice

Nowy York

 

 

 

 

 

Obiecywaliśmy sobie, że dopóki Wielki Brat  nie zniesie wiz dla Polaków, to do USA się  nie wybierzemy. Ale okazało się, że w niedalekiej odległości od naszego apartamentowca znajduje się amerykańska amabasada, więc złamaliśmy dane sobie przyrzeczenie. Po wypełnieniu dość mało przejrzystej aplikacji wizowej on line, pewnego wiosennego poranka z tłumem Chińczyków stanęliśmy w kolejce po przepustkę do współczesnego Eldorado. W ogromnej sali z ponad dziesięcioma stanowiskami wizowymi, cierpliwie czekaliśmy na naszą kolej. To niesamowite, jak duża liczba Chińczyków codziennie oczekuje na wizę do Stanów. A jak wiele ich tam jeździ mieliśmy się przekonać tuż po wylądowaniu. Jak wiadomo, USA to ogromny kraj i oferuje wiele ciekawych miejsc do obejrzenia. Podczas naszego dwutygodniowego pobytu postanowiliśmy odwiedzić, osławiony i uważany za najbardziej europejskie miasto w USA – Nowy York i Chicago, w okolicach którego mieszkają nasi kuzyni. Lot z Warszawy do Nowego Yorku przebiegł dość szybko i sprawnie, niestety na lotnisku w NY czekała nas niemiła niespodzianka. Okazało się, że wokół lotniska kręcił się niesforny dron, więc kilka samolotów miało opóźnione lądowanie. Po długim oczekiwaniu, wreszcie wpuszczono nas do sali odpraw, gdzie poczuliśmy się bardzo swojsko, bo głównymi oczekującymi byli Chińczycy.😄

Jak odróżnić Chińczyka od innych Azjatów:

  • Po pierwsze, kobiety mają przedziwne poczucie stylu, czyli tzw. pomiesznie z poplątaniem, dużo świecących ozdób zebranych na jednej delikwentce, połączonych ze sobą bez żadnego logicznego stylistycznego klucza, no i oczywiście wiele z nich nosi bardzo widoczne, nylonowe, przezroczyste skarpetki.
  • Plecaki głównie noszą z przodu, zapytana przeze mnie kiedyś Elena, o powód takiego umieszczenia (nawet nazwa sugeruje, gdzie ten przedmiot powinien się znajdować – plecak, bo ma być na plecach), odpowiedziała, że wygodniej się wyjmuje rzeczy, jeśli jest on z przodu. Niektórzy, takie umieszczenie plecaka, argumentują ochroną przed złodziejami, o których tu się słyszy i mówi, ale nikt ich nie widział. Na ten temat mam swoją własną teorię, potwierdzoną obserwacjami w USA. Chińczycy czasami naśladują i kopiują zachowania, których nie rozumieją. I podejrzewam, że z  tym popularnym noszeniem plecaków jest podobnie. Widziałam w NY w metrze osoby, które tak nosiły plecaki i wierzę, że w ich przypadku była to profilaktyka przed złodziejami, bo nowojorskie metro nie cieszy się dobrą opinią.
  • Bardzo dużą popularnością cieszy się szczególnie jeden rodzaj plecaka firmy MCM, dla mnie totalny ćwiekowaty koszmarek, ale z ceną dość wysoką, co widać na zdjęciu. Widocznie, jest to też dość często kopiowany wzór, bo w Pekinie widzimy je bardzo często.
  • Każdy szanujący się Chińczyk wozi ze sobą swoją własną buteleczkę z napitkiem, prawdopodobnie na bazie herbaty. Ale muszę przyznać, że ten zwyczaj bardzo mi się podoba, przynajmiej nie trują się różnej maści napojami gazowanymi.

Wygląda na to, że Amerykanie nie mają nic przeciwko przyjazdom Chińczyków do ich kraju, wręcz przeciwnie, na lotnisku w NY przywitała nas ogromna reklama banku w chińskim języku i nie było żadnego problemu z płaceniem za zakupy chińską kartą.

Siostra dała mi namiary na w miarę przyzwoity cenowo hotel na Manhattanie, więc mieszkaliśmy w samym sercu NY i do głównych atrakcji mieliśmy dość blisko. Z założenia, nie planowaliśmy szalonego biegu po atrakcjach, raczej powolny spacerek i smakowanie klimatu tego słynnego miasta.

Gwoździem programu naszego pobytu w NYC miał był spektakl na Broadway. ” The American in Paris” przeszedł moje najśmielsze oczekiwania, nigdy wcześniej nie widziałam musicalu zrobionego z taką precyzją i kunsztem artystycznym. Nawet  dekoracja była zmieniana przez artystów w interesujący sposób. Prawdziwa poezja dla oczu i uszu.

Na naszej krótkiej liście miejsc  do zwiedzenia było muzeum sztuki współczesnej – MoMa, gdzie przede wszyskim ucieszył mnie widok oryginalnych obrazów Gustawa Klimta, który do malowania swoich obrazów używał prawdziwego złota. Widok nie do zapomnienia.

Metropolitan Museum of Art – ekspresowe tempo, bo rodzina dała mi tylko 20 minut, które wykorzystałam na podziwianie prawdziwych jajek Faberge i innych wyrobów tego znakomitego jubilera tworzącego dla członków dynastii Romanowów.

Central Park – wypożyczyliśmy rowery i objechaliśmy ten słynny park. Przed jazdą posililiśmy się słynnymi falafelami, czyli  małymi kotlecikami z ciecierzycy, sprzedawanymi w małych budkach gastronomicznych, rozlokowanymi dość gęsto po całym Manhatanie. Znaleźliśmy tam też polski akcent, wodę mineralną o nazwie – Poland Spring😀

Nie obyło się oczywiście bez wizyty na Wall Street i Ground Zero. Szczególnie pobyt w tym drugim miejscu i oglądanie pomnika – basenu z wodospadem wywołuje silne emocje.

Pożegnaliśmy NY z mieszanymi uczuciami, chyba nasze oczekiwania, budowane głównie na oglądanych filmach amerykańskich, nieco się rozminęły  z zastaną rzeczywistością. Niestety, pomimo że, nasz hotel był usytuowany w jednej z bogatszych dzielnic, dość często widzieliśmy bezdomnych śpiących  na kartonach. Mówi się, że NY to miasto wielkich moźliwości, ale wygląda na to, że życie codzienne nie jest tu łatwe. Duże zagęszczenie budynków, masy przechodzących ludzi mogą być uciążliwe. Co noc słyszeliśmy wycie syren strażackich, policyjnych bądź karetek pogotowia z taką częstotliwością, jakby wojny gangów lub inne wypadki zdarzały się tu nieustannie. Co ciekawe, Pekin jest o wiele większym miastem, a nigdy jeszcze nie widziałam ani nie słyszałam karetki, samochodu policyjnego lub strażackiego na sygnale.

Chicago, miasto o największym skupisku Polaków w USA, położone nad jeziorem Michigan, które jest 8 razy mniejsze od naszego Bałtyku, zrobiło na nas dużo większe wrażenie niż NY. Bardziej przestrzenne, zadbane, z pięknymi aranżacjami roślinnymi. Jeszcze nigdzie nie spotkałam tak spójnych i przemyślanych kompozycji kwiatowych. Prawdziwe żywe obrazy, impresjoniści byliby zachwyceni. Odwiedziliśmy też prześlicznej urody ogród botaniczny, gdzie feria barw i kwiatów była olśniewająca. Architektom zieleni miejskiej w Chicago stawiam 6 z ogromnym plusem. Centrum Chicago wyglądało również imponująco, dostojne drapacze chmur spoglądały na nas z góry. Wakacyjną atmosferę dopełnił  chilloutowy  koncert nad rzeką. Podczas pobytu w Wietrznym  Mieście ( ze względu na występujące tam częste i intensywne wiatry, tak to miasto jest nazywane) zafundowaliśmy sobie wycieczkę na segwayach z przewodnikiem po uroczym centrum. Jednym słowem, letni luzik, który dopełnialiśmy paroma wycieczkami rowerymi i pieszymi w terenie. Nie obyło się oczywiście bez odwiedzenia galerii handlowej. Powszechna globalizacja sprawiła, że większość marek spotkanych w USA znaliśmy z Polski i Pekinu. Jednakże udało mi się znaleźć markę, o której wsześniej nie słyszałam.

„American girl” to nazwa firmy, króra zajmuje się sprzedażą lalek. Do tej pory myślałam, źe najbardziej popularną amerykańską lalką jest lalka Barbie. A wygląda na to, że wyrosła jej konkurentka, różniąca się od swej starszej koleżanki znacząco. Przede wszystkim, kształt lalek jest bardziej zbliżony do kształtów dziecka a nie seksbomby. Ponadto te lalki przedstawiają szerokie spektrum zainteresowań dziewczynek, dla każdego coś miłego. Była również lalka na wózku inwalidzkim. Ogromny sklep oprócz lalek oferuje również pluszowe, zwierzątka domowe dla nich, ubranka, identyczne ubranka w rozmiarze przyszłych właścicielek lalek i wiele innych atrakcji. Raj dla dziewczynek, super drenaż dla portfeli rodziców. W sklepie jest również specjalna restauracja utrzymana  w tym samym stylu. Panowie nie chcieli z nami wejść do tego przybytku lalkowego, ale ja i Martynka z przyjemnością sobie je obejrzałyśmy. 😄

Wszystko co miłe, szybko się kończy, więc i nasza dwutygodniowa wizyta u Wuja Sama dobiegała końca, Piotr nawet z pewną ulgą wracał do „domu”, bo jednak brak własnego łożka i toalety doskwiera.

Reasumując, NY nas trochę rozczarował, Chicago zachwyciło, USA nie powaliło na kolana, ale byliśmy bardzo miło zaskoczeni bezinteresowną  uprzejmością Amerykanów. Trochę zasmuca mnie globalizacja, świat zaczyna wszędzie wyglądać i smakować podobnie. Co do jedzenia, to mieliśmy parę niemiłych sytuacji, gdzie nasze żołądki się buntowały. W miejscowości, w której mieszkają kuzyni, jest ogromny supermarket o nazwie „Krystyna”,  gdzie można kupić mnóstwo polskich  produktów , ceny, niestety są amerykańskie. Przydałby się nam taki sklep w Pekinie. Samochody, jak stwierdzili moi Panowie, jeżdżą lepsze po Pekinie.

I tak prawie moja  i Martyny dwumiesięczna wakacyjna wędrówka się kończyła. Pozostał najdłuższy dystans do pokonania. Nasz lot z Chicago do Pekinu trwał 14 godzin, obfitował w turbulencje i zakłócenia odbioru oglądania filmów, co było lekko stresujące, oczywiście nie z powodu przewania filmu, ale lecąc samolotem, nawet taka drobnostka może spowodować zaniepokojenie, tym bardziej, że komunikaty były po chińsku, a te po angielsku bardzo słabo zrozumiałe. Szczęśliwie, choć z opóźnieniem dolecieliśmy do Pekinu i zaczęliśmy drugi rok naszych zmagań z chińskim smokiem i smogiem.

Chicago i okolice

 

 

 

 

 

The American dream

Galeria

 

24 czerwca zaczęły się dla mnie i Martyny wakacje w Polsce. Na córkę we Wrocławiu na lotnisku czekała niespodzianka w postaci koleżanek witających ją balonami i uściskami. Przyznam, że był to bardzo wzruszający widok. Plan na Polskę miałyśmy dość napięty, wielowątkowy i wiążący się z częstym przemieszczaniem różnymi środkami lokomocji. Pierwszy przystanek – Smolec/ Wrocław zapewnił nam „miękkie lądowanie” i przyjemne powitanie z krajem. Na dobry początek spotkanie z koleżankami, potem „III Smolecka zadyszka” czyli bieg na 10 km, gdzie tym razem byłam tylko obserwatorem, a nie osobą odpowiedzialną za biuro zawodów, jak w roku poprzednim. Pomimo niesprzyjającej, deszczowej pogody, bieg tak jak w poprzednich latach zebrał wiele pozytywnych ocen i Towarzystwo Przyjaciół Smolca, którego jestem członkiem, jako główny organizator może być dumne z tego przedsięwzięcia. 3 lipca poleciałyśmy na Openera, gdzie przy okazji odwiedziliśmy znajomych w Gdynii i spotkałyśmy z moją siostrą Sylwią, która towarzyszyła nam na koncertach. Szczerze mówiąc, nie jestem wielką fanką tego typu koncertów, choć staram się do nich przekonywać, a na takiej imprezie nie byłam wcześniej, więc była to okazja do przeżycia nowych doznań. Sama organizacja bardzo mi się podobała, wszystko było przygotowane profesjonalnie, począwszy od sprzedaży biletów, poprzez dowóz na miejsce, przygotowanie drogi przejścia, oznaczenie scen, dodatkowe atrakcje, na jakości potraw kończąc. Według mnie, dobry światowy poziom. Przyjechało wiele osób z zagranicy, więc wygląda na to, że polski festiwal muzyki wpisał się w kalendarz europejskich imprez godnych obejrzenia. Tak jak pisałam wcześniej, to był mój dziewiczy kontakt z Openerem, więc nie mam porównania z poprzednimi, ale czytałam w komentarzach po tegorocznej edycji, że w tym roku organizacja była gorsza. No cóż, widocznie mamy tu do czynienia z „efektem bazy”. Jako osoba posiadająca żołądek „francuskiego pieska” często muszę poszukiwać różnych medykamentów niwelujących moje dolegliwości. Jednym z takich „cudownych leków”, jest Pepsi bądź Coca-Cola. Na codzień, jestem zatwardziałą przeciwniczką tego typu napojów, ale w sytuacjach awaryjnych dopuszczam je do spożycia w ilościach kontrolowanych. Zresztą jest to dość znany powszechnie fakt, że twórca tej kontrowersyjnej napitki stworzył ją właśnie w celu łagodzenia problemów trawiennych. I jakież było moje wielkie zdziwienie, gdy w całym miasteczku koncertowym nie znalazłam ani jednego stoiska oferującego poszukiwane przeze mnie panaceum. Ale za to królował nasz rodzimy Tymbark, co mimo wszystko mnie ucieszyło. Zauważyłam dość ciekawy trend, w większości stanowisk z jedzeniem, można było znaleźć ciekawe „ zdrowe” menu zamiast wysokokalorycznych fastfoodów. Pierwszego dnia obejrzałyśmy 3 koncerty, ostatni skończył się w okolicach godziny 2 na ranem. Pomimo upału w ciągu dnia, wieczór mocno nas ostudził i temperatura spadła poniżej 15 stopni, co było dość nieprzyjemne, szczególnie dla moich nóg odzianych jedynie w krótkie spodenki. Na drugi dzień zaplanowałyśmy jedynie jeden koncert, więc starczyło nam czasu na odwiedzenie zarówno galerii handlowej jak i wystawy związanej z architekturą. Trzeciego dnia w okolicach południa we trzy pojechałyśmy pociągiem do Olsztyna, gdzie czekał na nas obiad u rodziców. Po obiedzie udałyśmy się na plażę miejską, która reprezentowała się okazale po remoncie. Olsztyn może być naprawdę dumny z tego obiektu. Od czasu naszej wyprowadzki z Olsztyna przybyło dużo ciekawych miejsc, ale też stare obiekty zostały odnowione. Martyna nie zabawiła długo w Olsztynie, bo już następnego dnia pojechała z Sylwią do Warszawy, gdzie siostra wyekspediowała ją do Wrocławia na ponowne spotkanie z ukochaną przyjaciółką. A ja namówiłam moje koleżanki na retrospektywną wycieczkę do Ornety, gdzie jedna z nich kiedyś mieszkała i często gościłyśmy u niej w okresie średniej szkoły. Jakiś czas temu byłam na spotkaniu z Elżbietą Dzikowską i kupiłam przewodnik po Polsce jej autorstwa „ Groch i kapusta” i znalazłam tam ciekawe informacje na temat orneckiego kościoła, okazuje się, że jest to gotycki kościół z XIV wieku, posiadający wiele zabytkowych elementów z różnych okresów. Pomimo, że bywałam w tym kościele wiele razy, nie miałam świadomości, że posiada on takie „skarby”. Widocznie, do pewnych rzeczy trzeba dorosnąć, żeby je docenić i zauważyć. Nigdy wcześniej nie byłam we Fromborku, więc namówiłam koleżanki do odwiedzenia miasta Kopernika, tym bardziej, że odległość od Ornety to tylko 50 km. Oglądałam bardzo ciekawe reportaże o odbudowie Fromborka i o odnalezieniu grobu Kopernika przez olsztyńskiego naukowca i zapewne to one mnie zainspirowały do tej podróży. Wzgórze katedralne , gdzie został „zesłany”, według opowieści mojego kuzyna Jaśka, nasz wielki uczony za wybryki obyczajowe, majestycznie górowało nad miasteczkiem. W ostatniej chwili udało nam się kupić bilety, żeby zobaczyć wnętrze katedry i odnaleźć grób Kopernika. W ramach atrakcji obejrzałyśmy jeszcze pokaz w Planetarium. Sklepy nieopodal Katedry obfitowały w różnorakie, ciekawe pamiątki, co jest niestety rzadkością. Niestety, ograniczenia bagażowe nie pozwoliły mi na nabycie czegokolwiek. Myślę, że w takim miejscu jak Frombork, gdzie pracował uczony, znany na całym świecie, można by się pokusić o większą różnorodność atrakcji związanym z jego życiem i pracą. Wsród turystów głównie królowali Niemcy.

Przylot chłopaków był coraz bliższy, więc korzystając z okazji wyjechałam dwa dni wcześniej do Warszawy, żeby spotkać się z kuzynką w Węgrowie i pójść do teatru z Sylwią. Węgrów jest miejscowością leżąca około 70 km od Warszawy. W węgrowskim kościele znajduje się lustro, i jedna z legend dotycząca tego lustra jest związana z królem Zygmuntem Augustem, dla którego Twardowski miał wywołać ducha jego zmarłej żony Barbary Radziwiłłówny. Znany mag Twardowski miał doprowadzić do zmaterializowania postaci żony przed obliczem króla. W specjalnie przygotowanej sieni naprzeciwko lustra postawił krzesło. Nakazał królowi, aby spoczął na nim i pod żadnym pozorem nie wstawał z krzesła, bo to może przynieść wielkie nieszczęście. Król wzruszony widokiem młodo zmarłej żony, wstał i próbował ją objąć. W tej samej chwili zjawa rozpłynęła się, a lustro pękło. Niedługo po tym wydarzeniu zarówno król, jak i Pan Twardowski zmarli. W tej miejscowości można też spotkać stare, drewniane domy, które zapewne lata świetności mają już za sobą, ale wyglądają dość urokliwie i egzotycznie. Pobyt u kuzynki minął bardzo szybko. Posilona pysznym obiadem przygotowanym przez Jaśka, udałam się z Sylwią na strawę duchową do Teatru Dramatycznego w Warszawie. Wyposzczczona po pekińskiej posusze teatralnej, z wielką przyjemnością obejrzałam sztukę izraelskiej pisarki „Rzecz o banalności miłości”, w jednej z ról występował Adam Ferency, jak zwyle, bezkonkurencyjny. Po przylocie chłopaków, udaliśmy się samochodem do Wrocławia, gdzie mieliśmy do załatwienia parę spraw, a następnie do Krakowa. W Krakowie spotkaliśmy się z kuzynem, jego żoną i nieznaną nam wcześniej, bo dopiero paromiesieczną, małą Alicją. Po krótkim spotkaniu, powrót do Olsztyna, gdzie od paru dni urzędowała już Martynka ze swoją przyjaciółką.

W Olsztynie oddaliśmy się kilkudniowemu wakacyjnemu luzowi, spotkaniami ze rodziną i znajomymi, degustacją przepysznych potraw. Jednym słowem – sielanka. Odwieźliśmy też koleżankę Martyny do rodziców na Mazury, gdzie zaplanowali wakacje „pod żaglami”.
We Wrocławiu czekały nas sprawy do załatwienia, więc po raz kolejny szykowaliśmy się do podróży, oczywiście i tym razem, postanowiliśmy odwiedzić kolejnych znajomych po trasie, tym razem, w Bydgoszczy. Podróż przeszła nam dość sprawnie i byliśmy sporo wcześniej przed umówionym czasem, więc wpadliśmy na pomysł zatrzymania się w Toruniu. Wspomniana przeze mnie podróżniczka Elżbieta Dzikowska po śmierci swojego męża, Toniego Halika przekazała zgromadzane przez lata podróży, pamiątki z różnych zakątków świata do Muzeum Podróżników,o którym już kiedyś czytałam i chciałam odwiedzić. Prowadzący kultowego w PRL programu podróżniczego „ Pieprz i wanilia” zebrali całą mnogość różnych ciekawych przedmiotów codziennego użytku, ozdób itp. memorabiliów. Na uwagę zasługiwała mapa świata z powieszonymi na niej kluczmi od pokojów z różnych hoteli.. Dawno już nie byłam w Toruniu, więc z dużą przyjemnością oddawałam się podziwianiu toruńskej Starówki. Po smacznym posiłku w lokalnej restauracji, udaliśmy się do Bydgoszczy, nazywanej przez niektórych Brzydgoszczą. Muszę przyznać, że Bydgoszcz mnie miło zaskoczyła, nie jest wcale taka brzydka, jak wieść internetowa niesie. Lokowana na prawie polskim a nie niemieckim, nie posiada centralnej części w środku miasta, jak np. Wrocław czy Kraków, ale kilka zabytkowych kamieniczek zachwyca swoją urodą. W ramach atrakcji zaplanowaliśmy wizytę w „Escape room”, ostatnio bardzo popularnej rozrywce na całym świecie. „Escape room” to pokój, w którym uczestnicy zabawy są zamykani i ich zadaniem jest znalezienie klucza, którym można otworzyć drzwi od wewnątrz. Pokoje są tematyczne, np. w Bydgoszczy młodzież poszła do „Psychiatryka” a my do „ Podróżnika”. Klucz jest schowany w sekretnym miejscu i żeby go znaleźć trzeba rozwiązać wiele zagadek logicznych w określonym czasie. Podpowiedzi pokazywane są na monitorze, np. „ sprawdź książki na półce” i w jednej z książek znajduje się kluczyk do szuflady w biurku, a tam czeka kolejna łamigłówka. Zabawa przednia, prawie udało nam się znaleźć właściwy klucz w przewidywanym czasie.

We Wrocławiu zwiedziliśmy Afrikarium, „nówka sztuka” we wrocławskim ZOO, chcieliśmy zobaczyć wystawę zdjęć Marlin Monroe, ale niestety w poniedziałki wystawa jest zamknięta. Za to obejrzeliśmy przecudnej urody wystawę – „Kolejkowo czy świat w miniaturze” prezentowany na Dworcu Świebodzkim. Przed 24 miesiące 12 osób zbudowało makiety dworców, budynków, tras kolejowych, lasów, pól itp.
No i znowu czekała nas długa podróż z powrotem do Olsztyna. Na pocieszenie w stolicy Warmii i Mazur czekała na nas uczta pierogowa, przygotowana przez Kasię i Piotra. Pierogi wykonała mama Piotra i smakowały wyśmienicie. Ostatnie dni upłynęły nam bardzo szybko i intensywnie, udało nam się zobaczyć wystawę rzeźb naszego kolegi Tomka w nowo otwartej browarze-pijalni piwa tuż przy Łynie. Prawdziwa uczta dla oczu.
Ostatni etap naszego pobytu w Polsce kończył się w Warszawie, gdzie ponownie odwiedziliśmy Teatr Dramatyczny, tym razem już w piątkę. Sztuka J.P.Sartre „Bez wyjścia” należy do tych trudnych w odbiorze i wymagających od widza większego zaangażowania umysłowego. Nie będę streszczać akcji, ale godnym zapamiętania jest zdanie wypowiedziane przez jedną z osób – „ Piekło to inni”, jakież to prawdziwe!

O Muzeum Historii Żydów Polskich w Warszawie słyszałam wiele pochlebnych ocen, ale też czytałam o kontrowersjach związanych z budową tego obiektu. Osobiście, zmieniłabym nieco tytuł na Muzeum Historii Żydów Polskich osnutych na ponad 1000-letniej historii Polski. Nie sposób w ciągu jednej wizyty ogarnąć ogrom wiedzy tam zgromadzonej. Chronologicznie przedstawione wydarzenia mogą być interesującą lekcją historii. Po zapoznaniu się z różnymi aktami i dokumentami, doszłam do wniosku, że stosunek Polaków do Żydów, głównie był związany z sytuacją ekonomiczną i polityczną. I tak, jeden król, rozszerzał prawa a za jakiś czas inny zmiejszał, w zależności od sytuacji gospodarczej. Muzeum godne polecenia, ale wygląda na to, że większość odwiedzających to obcokrajowcy. To była już nasza ostatnia atrakcja w Polsce.
Reasumując, spędziliśmy miło i przyjemnie czas, i jak zwykle w takim sytuacjach, czujemy niedosyt, że za krótko, za mało, itp. Mówi się, że patriotą człowiek staje się na obczyźnie. Coś w tym jest. Ta „ Polska w ruinie”, o której czytamy na internetowych portalach, naszymi „popekinowymi” oczami wygląda bardzo atrakcyjnie, śliczne kafejki i restauracje, wszechobecna zieleń, cudowe naturalne zapachy, chyba nigdy, jak w tym roku, pachniały lipy. Pogoda też nam dopisywała, więc wyjazd możemy uznać za udany w 100 %. Udało nam się uciec przed afrykańskim żarem.
1 sierpnia zjawiliśmy się na lotnisku w Warszawie, skąd odlecieliśmy na spotkanie kolejnej przygody.😄

Tour de Pologne

Galeria

Już jako mała dziewczynka lubiłam projektować i szyć ubranka dla lalek. Dla mojej jedynej lalki, która była marną imitacją Barbie, znanej mi  jedynie z opowieści moich koleżanek mających kuzynów w RFN, uszyłam seledynowy kostium składający się z wąskiej, ołówkowej  spódnicy i topu. Do kompletu dodałam rajstopy zrobione ze starych, cienkich rajstop. Oczywiście, miałam też inne lalki, ale one były bardziej „dzidziusiowe”. Jako nastolatka zaczęłam szyć proste spódnice i bluzki. Jako uczennica 7 lub 8 klasy szkoły podstawowej nauczyłam się obsługiwać maszynę  do szycia podczas zajęć praktyczno-technicznych. Te nastolenie projekty nie były zbyt skomplikowane, głównie opierały się na prostych formach, bo w tamtych zamierzchłych czasach zdobycie czasopisma z wykrojami graniczyło z cudem. Kupienie odpowiedniego materiału też nie należało do prostych zadań. W wakacje przed maturalną klasą zapragnęłam powiększyć moją skromną garderobę o turkusową sukienkę, ale jedynym dostępnym w sklepie materiałem było białe, bawełniane  płótno na pościel. Sprzedawczyni w sklepie ze zdziwieniem i politowaniem patrzyła na mnie, kiedy jej obwieściłam, że zamierzam to zwykłe, białe płótno przemienić w elegancką kreację. Nabyłam turkusowy barwnik do tkanin i po kilku godzinach miałam materiał o pięknym kolorze. Następnie wycięłam parę prostokątów, pomarszczyłam, zszyłam i dodałam białe mankiety i kołnierzyk doczepiane za pomocą zatrzasków, bo domowe farbowanie miało tę wadę, że kolor puszczał w praniu. Potem udało mi wreszcie zdobyć profesjonalne gazety z gotowymi wykrojami i uszyć według nich parę ciuszków. Jednak nigdy nie uczestniczyłam w profesjonalnym kursie bądź szkoleniu, więc moje projektowanie i szycie było bardzo intuicyjne😄

Po ogarnięciu się w Peknie, chciałam zająć się czymś kreatywnym i pożytecznym. W odróżnieniu od Polski, o czym już wspominałam, oferta kursów, zajęć artystycznych itp, w tym mieście nie jest zbyt duża. Właściwie początkowo myślałam o kursie grafika komputerowego lub projektanta wnętrz, lecz niestety żadnej fajnej oferty w tym temacie nie znalazłam. Zapisałam się do międzynarodowej grupy na fb  i przeglądałam profil tzw. „ambasadora”  danej społeczności i w ten sposób dowiedziałam się, że ta osoba prowadzi również kursy projektowania i szycia. Z pewną dozą niepewności skontaktowałam się z nią i od marca zaczęłam przygodę z modą, w pełnym tego słowa znaczeniu. Moim głównym zamierzeniem było nauczenie się i udoskonalenie techniki szycia, ale moja nauczycielka Catalina przygotowywała mnie zgodnie z planem kursu do bycia  profesjonalnym projektantem😄 Zaczęłyśmy od stworzenia”mood board” – czyli wizualnego zestawienia inspiracji i materiałów, które zamierzałam użyć do wykonania mojej kolecji. Wbrew pozorom, zadanie nie było łatwe. Ostatecznie, po długich przemyśleniach, jako inspirację wybrałam mój ukochany porcelanowy dzbanek, którego zdjęcie miałam w komputerze i lampę z albumu, który wzięliśmy ze sobą z Polski. Do tego parę fotek z czasopism modowych i kawałki materiałów, które w prezencie dostałam od Eleny. „Mood board” wyglądał już przyzwoicie, no ale, co dalej, jak to przełożyć na konkretne ubrania. Jak później zrozumiałam, wykonanie go, to tylko preludium do dalszej pracy a nie ładne zaprezentowanie poszczególnych elementów . Ok, wszystko niby zrozumiałe, tylko jak się ma dzbanek do części garderoby. Okazało się jednak, że może mieć i to nawet dużo, ale dojście do tego zabrało mi trochę czasu i potrzebowałam wskazówek od Cataliny. Nazwanie kolecji było też nie lada wyzwaniem, po kilku nieudanych próbach, stanęło na ” Petal invasion” czyli ” Inwazji płatków” bynajmniej nie śniadaniowych. Język angielski ma w tym wypadku oddzielne słowo dla płatków kwiatowych, w naszym języku mamy tylko jedno słowo i odnosi się ono zarówno dla płatków śniadaniowych, śniegu i kwiatów. Rozpoczęcie kursu wiązało się również ze znalezieniem miejsc, gdzie można nabyć materiały krawieckie, co w Pekinie nie jest takie oczywiste. Na szczęście moja koleżanka Australijka z Rady Rodziców pokazała mi ogromny market, gdzie czułam się jak dziecko w sklepie ze słodyczami. Na ogromnym placu jest mnóstwo małych i większych sklepików, gdzie można nabyć wszelkiej maści materiały i dodatki krawieckie. Nigdy jeszcze w swoim życiu nie widziałam takiej ilości wyrobów tekstylnych zgromadzonych w jednym miejscu. Po długich poszukiwaniach w końcu udało mi się zdecydować na kupno kilku materiałów, chociaż do końca nie byłam przekonana co do  wybru. Niestety nadmiar może być tak samo stresujący jak niedomiar. Zakupiony przeze mnie srebro-biały len posłużył do wykonania finałowej kreacji. Korzystając z mood boarda uszyłam sukienkę w kształcie w/w dzbanka. Rękawy natomiast zostały wykrojone według kształtu płatków kwiatu. Catalina miała zastrzeżenia co do materiału użytego przeze mnie do ich wykonania, ale jak pokazałam jej delikatny, w złotym kolorze tiul obszyty drobnymi, przezroczystymi koralikami, to zaakceptowała mój pomysł. Wspólnie zrobiłyśmy wykrój mojej sukienki, stosując linie cięć w kształcie płatków, co widać na jednym ze zdjęć. Prototyp sukienki został uszyty z specjalnego płótna przeznaczonego właśnie do szycia wszelkich prototypów. Po małych poprawkach mogłam już przystąpić do szycia właściwej kreakcji. Zajęło mi to parę spotkań, na których musiałam się przyzwyczaić do szycia na maszynach przemysłowych. Te maszyny różnią się od domowych głównie tym, że są bardzo czułe i szybkie, więc wymagają dużej koncentracji. Właściwie już rzutem na taśmę, bo była to już końcówka kursu, zrobiłam z materiału, który został spodnie i top. Kawałek tkaniny, który dostałam w prezencie, udrapowany w artystyczny sposób stanowił dopełnienie całości. Zwieńczeniem moich zmagań krawiecko-projektanckich była sesja fotograficzna, która się odbyła na terenie dzielnicy 798, o której już wcześniej pisałam. Catalina, która jest z pochodzenia Rumunką i mieszka już w Pekinie od sześciu lat, oprócz zajmowania  się modą i bycia ambasadorką jest również makijażystką. Początkowo myślałam, że nasza sesja będzie bardziej skromna ale Catalina przyprowadziła zawodowego fotografa, Hiszpana z pochodzenia, zrobiła mi odważny, kolorowy makijaż i przez parę godzin mogłam pobawić się w bycie modelką. Muszę przyznać, że nie jest to takie proste na jakie wygląda i po paru godzinach pozowania, przebierania i biegania w szpilkach po hali trochę byłam zmęczona. Projektowanie i szycie podoba mi się dużo bardziej ale nie mam się czym przejmować, bo kariera modelki w tym wieku mi nie grozi😄. Nie sądziłam, że Catalina wrzuci te wszystkie fotki na fb, ale cóż, poszły w świat. Dostałam wiele miłych komentarzy od znajomych, za które bardzo dziękuję. Najbardziej podoba mi się zdjęcie, na którym miałam udawać lalkę. I tak moją pierwszą kolekcję mogę uznać za zakończoną. Zaprojektowałam również własne logo, które umieściłam na metce.

Reasumując, pomimo pierwszych obaw, jestem bardzo zadowolona z kursu, nauczyłam się bardzo dużo różnych krawieckich trików, które pomogą mi w szybszym i doskonalszym wykonywaniu kolejnych kreacji. 👯

Petal invasion czyli moja przygoda z modą.

Galeria

 

Ostatni tydzień dostarczył mi wiele pracy i wrażeń. W piątek Rada Rodziców wspólnie ze szkołą zorganizowała Multicultural Food Festival czyli Międzynarodowy Festiwal Kulinarny. Ponad 100 rodzin z 24 różnych krajów przygotowało potrawy charakterystyczne dla swoich krajów. Nie łatwo mi było wybrać potrawę reprezentującą nasz kraj. Bigos i schabowy odpadały, bo po pierwsze za gorąco, po drugie ciężko znaleźć kapustę kiszoną i ponadto nie było możliwości podgrzania, a zimny czy nawet letni bigos to żadna atrakcja kulinarna. Postawiłam więc na ruskie pierogi, których lepieniem zajęłam się na początku tygodnia. Do piątku czekały cierpliwe w zamrażalniku. Zostałam wyznaczona do reprezentowania Europy Północnej i Wschodnej, w skład naszej grupy wchodziły: dwie polskie rodziny, bo jednak okazało się jest jeszcze jedna polska rodzina, trzy rodziny węgierskie, jedna rodzina norweska i jedna rodzina litewska. Impreza zaczynała się o godzinie 17.00, ale przedstawiciele rodzin przyszli wcześniej, żeby udekorować swoje stoiska. Wspólnie z Asią starałyśmy się ciekawie zaprezentować nasz kraj, chociaż obie uczestniczyłyśmy pierwszy raz w takim przedsięwzięciu. Najliczniej reprezentowaną grupą stanowilli Chińczycy. Oni również profesjonalnie podeszli do dekoracji. Ale inne narodowości rówież w oryginalny i ciekawy sposób przedstawiły swoje kraje. Mam nadzieję, że załączone zdjęcia chociaż częściowo oddadzą kreatywność uczestników. Z doświadczeń tamtegorocznych wyciągnięto wnioski i w tym roku wprowadziliśmy karnety na 10 potraw. Dzięki tej innowacji większa liczba rodziców i uczniów była w stanie spróbować przygotowane posiłki. W tamtym roku nie było takiego ograniczenia i po 20 minutach nie było już potraw na stanowiskach, a mnóstwo niedojedzonego jedzenia wylądowało w koszach na śmieci. Wracając do mojej drużyny, tak jak pisałam wcześniej, ja przygotowałam ruskie pierogi, które ku mojemu niezadowoleniu trochę się posklejały. Wiem, wiem, powinnam dolać oleju do wody podczas gotowania, ale naiwnie myślałam, że uda mi się je utrzymać w  oddaleniu, one jednak nie skumały na jaką imprezę były przygotowane.😄 Asia, przygotowała koktail truskawkowy z polskiego mleka. Rodowita blondwłosa Norweżka zaprezentowała się z pieczonym łososiem i goframi. Węgrzy przynieśli wielki gar, bardzo dobrej zupy gulaszowej, naleśniki z dżemem, bułeczki z serem i jakieś inne smakołyki, których nie potrafię nazwać. Litwini uraczyli nas plackami ziemniaczanymi z trzema rodzajami dipów. Specjalnie na tę okazję uszyłam stylizowną na ludowy strój spódnicę i bluzkę. Córcia  pięknie ozdobiła bluzkę malowanymi kwiatami. I tak sobie wymienialiśmy spostrzeżania, jak to mamy ( liczba mnoga od mama😄)  ” w dzień targowy” i stwierdziłyśmy zgodnie, że nasze kraje mają podobne stroje ludowe i upodobania kulinarne i wcale tak badzo od siebie się nie różnimy, jak nam się wydaje i jak niektórzy nacjonaliści by chcieli. Niestety, jak to w takich sytuacjach bywa, nie spróbowałam wielu potraw, jedynie wspominaną wcześniej zupę gulaszową i kawałek przepysznego łososia. Ale z tego, co wieść szkolna niesie, impreza została oceniona bardzo pozytywnie. Jedzenia starczyło dla wszystkich, a kosze na śmieci głównie zawierały puste talerze. Była to niezwykle ciekawe przeżycie, widzieć tą różnorodność potraw, strojów i ras ludzkich w jednym miejscu.

Dzisiaj natomiast byliśmy wolatariuszami na dniu otwartym w ambasadzie. Zaproponowałyśmy i prowadziłyśmy warsztaty malowania na tkaninie. Chińscy goście, przynieśli koszulki, torby itp. i za pomocą szablonów, które wykonałam wcześniej, dekorowali je. Starałam się przygotować wzory związane z Polską, były więc bociany, jaskółki, maki, orzeł, napisy Polska po polsku, angielsku i chińsku. Początkowo miałyśmy obawy, jak to wyjdzie, ale muszę stwierdzić, że warsztaty działały dość sprawnie i uczestnicy swoje prace z zadowoleniem zanieśli do domu. Poznanym Chińczyków opowiadaliśmy o Polsce i jej zaletach. Może dzięki naszym barwnym opowieściom, jakaś część ich zdecyduje się przyjechać do Polski i zasilić nasze polskie kasy fiskalne. 😄

Reasumując, tydzień miałam bardzo pracowity i męczący, ale to takie miłe zmeczęnie połączone z satysfakcją. Teraz już spokojnie mogę zacząc zastanawiać się nad zawartością naszych wakacyjnych walizek, bo wakacje już wielkimi krokami się do nas zbliżają.🌎

 

 

Intensywny tydzień

Galeria

Chiny są krajem komunistycznym, więc 1 Maja jest oczywiście tutaj obchodzony. Z tego, co słyszeliśmy, wolne od pracy są 3 dni, od 1 maja do 3 maja. W tym roku kalendarz nie był łaskawy i 2 i 3 maja wypadły w wolne dni. Miasto trochę opustoszało podczas tych dni, niektórzy podobnie jak w Polsce, wzięli sobie dodatkowy urlop, żeby przedłużyć odpoczynek. Wygląda na to, że podobnie jak w Polsce, obchody tego święta zostały zredukowane do dni wolnych od pracy. Pomimo, że mieszkamy tu już prawie rok, trudno nam powiedzieć, czym Chińczycy zajmują się w swoim wolnym czasie. Sprawianie sobie przyjemności nie leży w naturze tego narodu, a przynajmniej o tym nie opowiadają i się tym nie ekscytują. Czasami mam wrażenie, że ich narodowym sportem jest jedzenie niezliczonej ilości potraw i spanie. Zagadnięta przez Piotra jego nauczycieka chińskiego odpowiedziała, że ulubionym jej zajęciem jest spanie. A melodię do spania mają nieziemską, potrafią spać w każdym możliwym miejscu, na stojąco, na siedząco, w metrze, autobusie, na stole w restauracji podczas oczekiwania na posiłek, na ladzie w sklepie, itp. miejscach. Mam na ten temat moją własną autorską teorię. Zanieczyszczenie powietrza powoduje niedotlenie organizmu, czego skutkiem jest senność. Podobne zjawisko możemy zaobserwać po długim przebywaniu w niewietrzonym pomieszczeniu, w którym jest dużo ludzi. Ale z drugiej strony, nam nie zdarza się spać podczas dnia. W Polsce narzekamy na niskie ciśnienie, tutaj wahania ciśnienie zdarzają się rzadko i ciśnienie jest dość wysokie, czyli sprzyjające dobremu samopoczuciu. Bardzo możliwe, że jest inne wytłumaczenie. Pokutuje taki stereotyp, o którym, już chyba wcześniej wspominałam, że Chińczcy są bardzo pracowitym narodem. To jest taka półprawda, z obserwacji naszych wynika, że rzeczywiście część osób pracuje długo, często również w soboty i niedziele. Tyle tylko, że długość pracy nie świadczy o efektywności i jakości pracy. Dogłębne planowanie jest obce tej kulturze i oczywiście jego brak  rzutuje ogromie na organizację pracy. Prowizorki wynikające z niedostatecznej analizy widoczne są na każdym kroku. Ostatnio odwiedziliśmy kilka mieszkań do wynajmu. Ceny wynajmu były totalnie nieadekwatne do jakości wykonania, ale niestety tak wygląda w Pekinie rynek nieruchomości. Każdy, kto robił remont w Polsce, z reguły nie wspomina tego okresu zbyt dobrze. Sądzę, że robienie remontu w Pekinie mogłoby skończyć się zawałem serca. Zamysł niby mają dobry, ale w rezultacie całość wygląda tandetnie, bo nie dbają o szczegóły. Krzywo zafugowane kafle to standard nawet w VIP-owskich apartamentach. Ale i tak to się wszystko kręci i to z niezłym efektem, szczególnie jak spojrzymy na wskaźniki ekonomiczne. Większość apartamentów ma specjalny pokój dla „ayi”, czyli takiego połączenia służącej, kucharki i opiekunki dla dziecka. I to się nazywa komunizm.

Pod koniec kwietnia kierownictwo naszego aparamentowca zaprosiło mieszkańców na bezpłatną wycieczkę po starym Pekinie. Między innymi obejrzeliśmy dom brata cesarza – księcia Gonga. Dom, stylem nie różnił się wiele  od budynków, znajdujących się w Zakazanym Mieście. Musiał być oczywiście mniejszy i niższy od cesarskich zabudowań i dach nie mógł być w kolorze złotym, zarezorwowanym jedynie dla cesarza. Problem z tymi chińskimi zabytkami jest taki, że są one bardzo do siebie podobne. Odwiedziliśmy też park Bei Hai, gdzie podziwialiśmy mnogość różnorodnych kwitnących  kwiatów. Pomimo tego, że był to dopiero koniec kwietnia, peonie – narodowy kwiat Chin, już przekwitały, podobnie jak bzy. Słyszeliśmy, że wiosna, to najkrótsza, a zarazem najpiękniejsza pora roku w Pekinie. I z tym stwierdzeniem, mogę się w 100 % zgodzić. Mnogość kwitnących kwiatów jest ogromna, wokół restauracji pojawiają się skrzynki ze świeżymi kwiatami, nie wiem, jak to się dzieje, że latem ich miejsce zajmują sztuczne kwiaty. Czy to kwestia temperatury czy braku umiejętności pielęgnacji ich, trudno zgadnąć.  Temperatura podczas wycieczki dochodziła do 30 stopni, więc już byłam przerażona wizją nadchodzących upałów. Na szczęście, upały się nie utrzymały i podobnie, jak w Polsce, początek majówki był dość kiepski. Nie dość, że zanieczyszczenie było dość duże, to padał deszcz, a to jest dość rzadkie zjawisko tutaj. Ciekawe jest to, że sprzedawcy parasoli pojawili się natychmiast, jak przysłowiowe „grzyby po deszczu”. Sobota była już dużo lepsza i ponadto czekała nas atrakcja w moim ulubionym miejscu, czyli w dzielnicy 798 ( wcześniej już o tym miejscu pisałam). W ramach pop music festival wystąpiła Justyna Steczkowska, która została przyjęta z dużym entuzjazmem przez chińską młodzież. Nasza rodaczka wyglądała olśniewająco. Niestety, było dość ciemno, więc jakość zdjęć nie jest najlepsza.

Dzisiaj też jest deszczowo i dość chłodno, ale wcale mnie to nie martwi, bo zdecydowanie wolę taką pogodę niż upały, które trwały w tamtym roku do końca września, więc jeszcze będziemy mieli okazję się nimi „nacieszyć”.

Święto pracy

Galeria

imagePo „garowaniu” w Pekinie podczas chińskich świąt, postanowiliśmy zrobić sobie sami długie wielkanocne wakacje. Oczywiście nie obyło się bez protestów naszych pilnych uczniów, bo w szkole wolny był tylko poniedziałek wielkanocny i nie wiem, czy miało to związek z katolicką Wielkanocą, czy akurat wypadającym w tym samym dniu chińskim świętem  zmarłych. Wytłumaczyliśmy dzieciom, że nasz wyjazd możemy potraktować jako seminarium wyjazdowe i z soboty na niedzielę udaliśmy się na indonezyjską wyspę – Bali. Jeszcze nigdy,  w żadne święta nie byłam poza Polską, podobnie jak moi domownicy. Ale tak jak pisałam wcześniej o Chinach, atmosfery świąt Wielkanocnych w  Azji raczej się nie uświadczy. Pekin, jak już pisałam, jest ogromnym betonowo-szklanym tworem i niestety nie ma tu tak dużo zieleni, która by zrównoważyła i złagodziła to nieprzyjemne uczucie przytłoczenia przez otoczające nas molochy. Bali jest cudownie zieloną wyspą, tak jak po maseczce nałożonej  na twarz  czujemy przyjemnie  nawilżoną skórę, tak moje oczy nasycały się widokiem tej bujnej i soczystej roślinności. Co więcej, ta roślinność żyje w absolutnej symbiozie z architekturą i mieszkańcami tej niewielkiej wyspy – powierzchnia: 5,6 tys. km² , długość: 145 km, szerokość: 80 km, liczba mieszkańców: 3,3 mln mieszk. (2005). Nawet wyrzucone śmieci  potrafią wyglądać estetycznie, otoczone w cudownie naturalny sposób dziką roślinnością. Mieszkańcy wyspy,  jako jedyni w Indonezji, wyznają hinduizm balijski (pozostali mieszkańcy Indonezji są muzułmanami) i obecność tej religii można dostrzec na każdym kroku. Właściwie jest to także gałąź gospodarki, bo sprzedaje się figury bóstw, bukiety ofiarne, kwiaty na wagę i tym podobne akcesoria religijne. Agung, kierowca, który woził nas po wyspie i był naszym przewodnikiem kulturalno-socjalno-obyczajowym, opowiadał nam, że ceromoni religijnych jest bardzo dużo i stanowią one bardzo ważny element rzeczywistości balijskiej. Właściwie w każdym miejscu można było znaleźć bukiety ofiarne, składane każdego ranka. Zwiedzając jedną ze światyń widzieliśmy procesję niosącą dary. Nasunęła mi się wtedy myśl, że pomimo zasadniczych różnic pomiędzy religią katolicką a hinduską, można znaleźć podobieństwa w kwestii wizualnej otoczki. Dekoracje wokół drogi przypominały mi katolickie ozdabianie dróg przejścia procesji podczas obchodzenia święta Bożego Ciała. Płatki kwiatów w koszyczkach to też nieodłączna część obchodów naszego święta. Święte źródła to też nic odosobionego w religii katolickiej. Widocznie, bez względu na wyznawaną religię, ludzie mają podobne potrzeby okazywania swojej wiary i wykorzystują naturę do tych celów. Nasz tygodniowy plan pobytu był dość napięty. Dzięki temu, że wynajmowaliśmy dom od kolegi Piotra (https://www.facebook.com/NoclegiNaBali), mieliśmy informacje o Bali z pierwszej ręki. Połączyliśmy oglądanie zabytków architektury i cudów natury z aktywnym wypoczynkiem. Całodniowa wyprawa speedboatem na małą, bezludną wyspę pozwoliła nam na chwilę poczuć się Robinsonem Crusoe lub wczuć się w sytuację bohatera, granego przez Toma Hanksa z filmu „Poza światem” . Piotr, jak dziecko, cieszył się ze snorkelingu i ponad godzinę podziwiał rafę koralową. Mnie i dzieciom w odbiorze tego naturalnego 3D przeszkadzały trochę problemy techniczne, wynikające z braku doświadzczenia w obchodzeniu się z maską, rurką i płetwami, ale i tak oglądanie rafy i jej bajecznie kolorowych mieszkańców sprawiło nam dużo radości. Na osłodę udało mi się, jako jedynej, złapać rybę  – czarną jak węgiel. Numerem jeden naszego pobytu był rafting. Momentami było łagodnie jak na spływie Krutynią, ale były miejsca, gdzie adrenalina nam się trochę podnosiła, oczywiście w takich rejestrach, że dodawała ona jedynie przyjemnego smaczku. Małpy, które swobodnie poruszały się w parku w Ubud „robiły małpie figle”, więc obserwowanie ich dawało niemałą frajdę. Podziwialiśmy pola ryżowe i drzewa, na których rosną przyprawy, znane nam jedynie ze smaku. Nigdy by mi nie przyszło do głowy, że gałka muszkatałowa rośnie na drzewie jak mirabelki, a goździki zanim zbrązowieją są jasnozielone. Na Bali uprawia się również wanilię, którą świeżą i pachnącą można kupić na straganach. Niestety widzieliśmy tylko krzew wanili, o tej porze roku nawet jeszcze nie kwitła. Oczywiście mnóstwo było też palm kokosowych. Z kory palm mieszkańcy robią ekologiczne i bardzo ładne kosze, w których przechowują owoce i warzywa. Balijskie jedzenie dużo bardziej smakowało mi niż chińskie, naszym specjalnym uznaniem cieszyły się naleśniki z owocami ze słonym posmakiem. Wydaje nam się w Polsce, że głównymi zjadaczami ryżu są Chińczycy, co jest tylko częściową prawdą, bo w Chinach dużym powodzeniem cieszą się noodles, czyli makaron, podczas gdy podstawą żywienia w Indonezji jest właśnie wspomniany wcześniej ryż.

Namawiano nas na wejście na wulkan i podziwianie  widoków o wschodzie słońca. Wiązało to się z wyjazdem o 2 nad ranem, więc zrezygnowaliśmy. Gremialnie stwierdziliśmy, że dla nas żaden widok nie jest wart zarwania nocy i kiepskiego samopoczucia podczas całego następnego dnia. Ostatniego ranka pobytu na wyspie obudziłam się na tyle wcześnie, że z okna  widziałam wschód słońca nad polem ryżowym, no  i ten widok chociaż częściowo zrekompensował mi ten z wulkanu. Przynajmniej  takie mam złudzenie😀

Kolejną atrakcją było oglądanie wodospadu, który miał bardzo silny nurt i w jego pobliżu było dość wietrznie i zimno. Na zdjęciech wygląda to może romantycznie jak stoimy w strojach kąpielowych, w rzeczywistości nie było to wcale takie miłe.

Klimat na Bali jest dość przyjemny, średnie miesięczne temperatury w ciągu roku  wahają się od trzydziestu paru stopni do dwudziestu paru stopni. Nie ma więc potrzeby ogrzewania domów ani kupowania ciepłych ubrań i butów. Wygląda na to, że japonki są najbardziej rozpowszechnionym typem obuwia.

Bardzo mi się  podobały szkolne mundurki, widzieliśmy różne zestawy kolorystyczne, pewnie każda szkoła ma inny rodzaj mundurka. Większość ludności przemieszcza się na skuterach. Kiedyś widziałam rodzinę pięcioosobową, dwoje rodziców i trójkę małych dzieci na takim dwuśladzie. Nie ma komunikacji publicznej, więc mieszkańcy sami muszą sobie w tym temacie radzić.

Turystyka jest główną gałęzią gospodarki. Z tego co nam mówił Agung, średnie zarobki, szczególnie w budżetówce, wynoszą około 300 dolarów, czyli 3 000 000,00 indonezyjskich rupii. Agung twierdził, że to bardzo mało, trudno mi się do tego odnieść, bo z pewnością, jeśli porównamy to z zarobkami Amerykanów, to jest mało, ale jak weźmiemy pod uwagę koszty życia na Bali, to może się okazać, że wcale nie jest tak dużo gorzej niż w Polsce, gdzie ponosimy duże koszty związane z dostarczeniem ciepła ludziom i domom. Podsumowując wyjazd, mogę powiedzieć, że spędziliśmy tydzień w raju. I tak bym chciała tej wyjazd zachować w pamięci, więc nie będę pisać o ciemnej stronie raju, bo przecież każdy raj taką ma. W ciągu tygodnia nawilżyliśmy się fizycznie i psychicznie. Z nowymi siłami wróciliśmy do Pekinu, a kolejne wakacje już za parę miesięcy.

Wielkanoc na Bali

Galeria