Egzotyczne miejsca mają taką przypadłość, że po pewnym czasie  stają się oswojone i  coraz trudniej widzi się różnice. Nasza potrzeba adaptacji zmniejsza naszą spostrzegawczosć na odmienność. To takie krótkie wyjaśnienie mojego długiego milczenia na blogu. 😄

Po powrocie z wakacji zaczęliśmy nasze rutynowe czynności, zwiększyliśmy liczbę znajomych, nieomal popadając w kompleksy poznając ich historie rodzinne. Trochę wydajemy się sobie nudni, z naszym jednorodnym pochodzeniem. Większość poznanych osób ma rodziców i dziadków z różnych stron świata. Spotykaliśmy też ludzi, którzy mają polskich przodków.

W tym roku nie pojechaliśmy na Święta Bożego Narodzenia do Polski. Jak wspominałam już w jednym z wcześniejszych postów, Chińczycy nie obchodzą tych świąt, ale wygląda na to, że zaadoptowali je sobie jako kolejne święto komercyjne ( podobnie jak my Walentynki). Ograniczyli je do obdarowywania się prezentami i dekoracji świątecznych. W związku z tym oferta ozdób świątecznych była większa w porównaniu z rokiem poprzednim. Z wielką radością zakupiłam żywy świerk, który dostarczyli nam za niewielką opłatą do domu. A różnorodność lampek, bombek i innych ozdób była na tyle duża, że nie miałam problemu z wyborem, wręcz przeciwnie, musiałam włączyć opcję „rozsądek i umiar”.

Atrakcyjność dekoracji świątecznych w Pekinie jeszcze mocno odbiega od tych oglądanych w Europie czy USA. Dominującym kolorem jest oczywiście czerwień i złoto. Finezji w tych dekoracjach jest jeszcze niewiele, chociaż czasami jakieś perełki można znaleźć.

O produktach na kolację wigilijną musiałam pomyśleć  dużo wcześniej. I tak, aby kupić śledzie, na początku grudnia, udaliśmy się z Piotrem w okolice ambasady rosyjskiej, gdzie jak wieść polonijno-ekspacka niosła, powinniśmy znaleźć sklep z takimi specjałami. Ku naszej ogromnej radości, oprócz poszukiwanych śledzi, znaleźliśmy też kapustę kiszoną. Śledzie, a właściwie ich bardziej szlachetni kuzyni- matiasy, okazały się przepyszne i stały się składnikiem sałatki śledziowej. Kapusta z warmińskimi grzybami, którymi obdarowali mnie rodzice, podczas mojego i Martyny listopadowego pobytu w Polsce, była składnikiem farszu do pierogów. Dobre pół dnia zajęło mi przygotowanie trzech rodzajów pierogów: z kapustą i grzybami, ruskich i z kaszą gryczaną i twarogiem (który jest osiagalny tylko na jednym stoisku w markecie koło nas). Pierogi włożyłam do zamrażalnika, gdzie cierpliwie  czekały na uroczystą kolację. Widmo pustego stołu na wigilię już nieco się oddalało, no ale z czego zrobić ukochaną potrawę mojego męża – karpia w galarecie, bo ani karpia nie widziałam, ani żelatyny. Już planowałam zamienić karpia na łososia, ale Piotr od swojego kolegi z pracy ( również ekspata) – skarbnicy wiedzy wszelakiej – dowiedział się, że poszukiwaną przez nasz rybę, możemy kupić w markecie, do którego chodzimy co najmiej dwa razy w tygodniu. Parę dni przed wigilią zrobiliśmy próbę generalną, najpierw za pomocą słownika próbowaliśmy wymówić nazwę ryby, niestety, sprzedawca nie wiedział o co chodzi. Pismo obrazkowe było bardziej skuteczne, po pokazaniu zdjęcia, karp się znalazł. Dzień przed wigilią pełna optymizmu udałam się po rybę i jakież było moje zaskoczenie, gdy po pokazaniu zdjęcia, sprzedawca wymownie pokazał mi, że takiej ryby nie ma. Trochę przerażona, ale prawdopodobnie napełniona świateczną atmosferą i energią, nie zrezygnowałam i poszukałam innego zdjęcia karpia. Ku mojej radości, sprzedawca tym razem wyjął z akwarium rybę, która wyglądem przypominała karpia, choć do końca nie byłam pewna. Żelatynę kupiłam na wagę, więc miałam już wszystkie niezbędne produkty. Mój wypasiony, ceramiczny, japoński nóż nie wytrzymał starcia z chińskim karpiem i uległ wyszczerbieniu. Wciąż pełna obaw, co do smaku naszej tradycyjnej potrawy, którą właściwe stała się dopiero po II wojnie światowej, bo wcześniej nasze stoły uginały się pod większą różnorodnością tych wodnych mieszkańców, z pewną dozą niepewności wkładałam salaterkę z rybą i płynną galaretą do lodówki. Do uroczystej kolacji było coraz bliżej, dzięki przygotowaniu potraw wcześniej, mogłam się oddać ulubionemu zajęciu, czyli dekoracji. Po przeprowadzce do nowego apartamentu mamy teraz dość pokaźnych rozmiarów stół, więc potrzebowałam dużego obrusu. Na fali „selfmade” postanowiłam uszyć go sama. Planowałam kupić biały materiał, niestety po szeroko zakrojonych poszukiwaniach w „miateczku materiałowym”, w którym czuję i zachowuję się, jak dziecko w sklepie ze słodyczami, udało mi się jedynie znaleźć biały materiał, ale z kwiatowym wzorem. No cóż, jak się nie ma tego, co się lubi, to się lubi, to co się ma. Parę metrów koronki i zakupiony materiał przekształcił się w poważny świąteczny obrus. Z tamtego roku został mi jeszcze opłatek, więc nasza wigilia coraz bardziej miała szansę  dorównać oryginałowi. Naszym rodzinym zwyczajem od 2000 roku jest słuchanie podczas okresu świątecznego płyty Zbigniewa Preisnera „Kolęda na koniec wieku”. W tym roku tradycji również stało się zadość, pomimo nieśmiałych protestów dzieci, te wzruszające dźwięki znów nam towarzyszyły. Wigilijny ranek, jak większość polskich gospodyń spędziłam w kuchni,  przygotowując świąteczne potrawy. Mąż zajął się sprzątaniem i kręceniem filmu z życzeniami dla naszych bliskich, córka upiekła świąteczny pleśniak z jabłkową marmoladą, którą dostaliśmy od naszych znajomych w prezencie. Do uroczystej kolacji zasiedliśmy w dobrych humorach, pomimo moich obaw, karp w galarecie smakował, tak jak powinien. Po kolacji dzieci poszły do swoich znajomych, a my oddaliśmy się błogiemu lenistwu. Dzięki temu, że przygotowania do wigilii wymagały od nas tyle zaangażowania, prawdopodobnie zostaną w naszej pamięci na dłużej.

Chińczycy przygotowują się teraz na obchody Chińskiego Nowego Roku, kozo-owca odda władzę małpie. Ale to już inna bajka 🙂

 

 

 

 

 

 

 

 

Reklamy

W pogoni za karpiem czyli jak zorganizować polską wigilię w Pekinie.

Galeria

One thought on “W pogoni za karpiem czyli jak zorganizować polską wigilię w Pekinie.

  1. Hanna Pękala pisze:

    To super,że się tak udało! Obrus też piękny. I pięknie wyprasowany!!!
    W mojej dzielnicy coraz łatwiej sporządza się karpia w galarecie. Można kupić same głowy i resztę pokrojoną w dzwonka. Gdyby ktoś był rozrzutny, to mógłby za całe 45zł/kg dostać filety z których wyjęto większość ości.
    Prawdziwe matiasy, to już rarytas.

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s